Pewnego
dnia dowiedziałem się o biegu „Chudy Wawrzyniec” w Beskidzie Żywieckim, postanowiłem
wziąć w nim udział, lecz wtedy jeszcze bez konkretnych planów. Niestety moje zamiary
chciała mi pokrzyżować robota, której się podjąłem , i która to pochłaniała mi
praktycznie cały czas. Treningowo starałem się biegać dwa, trzy razy w tygodniu
po półtorej godziny i podjąć wyzwanie na dystansie 50+. Ostatni tydzień poświęciłem na odpoczynek.
W piątek wyruszyliśmy dopiero po
16 (plan był taki, żeby o tej godzinie być na miejscu ale małe nieporozumienie
z kuzynem, który ze mną jechał ;P), kilka korków po drodze i na miejscu byliśmy
już po 23 :D. Błądziliśmy po Rajczy szukając biura zawodów i już miałem się
poddać ale szybki telefon do przyjaciela i okazało się, że biuro zawodów jest w
sąsiadujących Ujsołach, więc niczym w hollywoodzkich hitach, z zegarkiem w
lewym dolnym rogu, odliczającym ostatnie sekundy wbiegłem w zwolnionym tempie
do szkoły i zastałem tam kilka osób czekających chyba tylko na mnie ;]. Swoją
drogą mam nadzieję, że te miłe dziewczątka z rejestracji nie pomyślały sobie o
mnie nic złego kiedy miałem problem z wypełnieniem formularza ;p.
Krótka drzemka
w namiocie obok drogi, pobudka o 3:00, zwijamy manatki i ruszamy. Szybko, szybko
bo izotonik jeszcze nie rozrobiony, jeszcze jakaś mała rozgrzewka i porozciągać
się pasuje … no i masz, przy wyjeździe na drogę powiesiłem auto, ściągnęło mnie
w krzaki. Nerwy, stres, pewność, że już nie wystartuje ale udało się własnymi siłami
wyciągnąć to auto (kiedy kuzyn zasiadł za kierownice a ja się siłowałem z
nadkolem ;]) i … o ja pier… tłumik urwany (jak się okazało później, tłumika
jednak nie urwaliśmy tylko odpadł kawałek rury, a ja zgarnąłem czyjś tłumik do
bagażnika :D) ! Co teraz? Kawał drogi do domu , a bez tłumika jechać to lekkie ryzyko. Kuzyn mnie uspokoił,
że się tym zajmie a ja mam się nie przejmować i biec. 15 minut do startu,
jesteśmy w Rajczy – Ja się przebiorę a ty mi wlej izotonik, tu masz odmierzoną porcję
na dwa litry. Gdzie są batoniki? Snickersy? Miały być Marsy! Dobra, niech będą.
Całe szczęście na linię startu nie było trudno trafić. Numerek na miejscu, krótkie rozciąganie … czołówka! START!
Całe szczęście na linię startu nie było trudno trafić. Numerek na miejscu, krótkie rozciąganie … czołówka! START!
Na
linii startu z braku doświadczenia (drugi start w ultra maratonie, pierwszy
samotny) postanowiłem ustawić się w ścisłej końcówce ale tuż za pierwszym
zakrętem ku mojemu zdziwieniu, wszyscy zaczęli ostro napierać, więc postanowiłem
nie być gorszy ;P. Pierwsze kilometry po asfalcie szły lekutko, pod górkę, z
górki … o troszeczkę stromo, to sobie pomaszeruję. Wreszcie zaczyna się zabawa,
skręcamy w prawo i zaczyna się to na co chyba każdy liczy pod czas takich
biegów. Do pierwszego punktu czułem się znakomicie. Wiedziałem, że pochopnie
ale zacząłem myśleć o dystansie 80+. Po drodze zdarzyła się mała wpadka, nie z
winy organizatora, bo trasa była oznaczona naprawdę dobrze ale widocznie kilka
osób musiało pobiec prosto a reszta za nimi nie zwracając uwagi na taśmy, które
wyraźnie wskazywały, że należy biec w prawo. Przykuło to moją uwagę ale
podbiegłem kawałek do przodu i usłyszałem kogoś krzyczącego, że wcześniej
trzeba skręcić w prawo, więc się odwróciłem
a za mną było już kilka osób, które też były lekko zdezorientowane.
Współczuję osobom, które pobiegły dalej bo faktycznie trochę czasu na tym
stracili, a mijający mnie na zbiegu „sprinterzy” mieli kilka pozycji do
nadrobienia. Droga do drugiego punktu
jakoś się dłużyła ale wreszcie jest, ukazał się moim oczom, tylko dalej czułem
się całkiem nieźle. Postanowiłem więc dać z siebie więcej, żeby przypadkiem
faktycznie mnie nie wzięła ochota na 80+ przy rozejściu tras bo później już
odwrotu nie będzie ;). No i zaczęło się, pogoda przestała nas oszczędzać, lekki
deszczyk zamienił się już w prawdziwy deszcz, do tego mgła i wiatr. Na trasie
zrobiło naprawdę nieprzyjemnie, błoto, kałuże … brrrr, szkoda to wspominać ;P.
O tym jak naprawdę zmarzłem przekonałem się gdy rozwiązały mi się sznurowadła i
miałem problem z ich zawiązaniem bo zziębnięte palce nie chciały współpracować
. Przemoknięty i wychłodzony postanowiłem ubrać lekki polarek pod koszulkę w
której biegłem, co okazało się nie lada wyzwaniem. Postój zajął mi trochę czasu
przez co dodatkowo ostygłem ale miałem nadzieję, że deszcz wg prognoz zelży
(chociaż nie miałem pojęcia, która godzina gdyż biegłem bez pulsometru czy
chociażby zwykłego zegarka) i nie przemoczy mi polarka. Gdy po trudach
przebierania się ruszyłem dalej było naprawdę źle, zęby zaczęły mi dzwonić i
myśli miałem już różne ale postanowiłem, że a po prostu przyśpieszyć to się
rozgrzeję. Widząc długo oczekiwane skrzyżowanie na trasie już nawet nie
zwróciłem uwagi na znak 80+ ;) po prostu pobiegłem w lewo i wstąpiły we mnie
nowe siły, jeszcze rzut oka na mapkę, ogromna ulga, to już niedaleko. Kilka podejść ostudziło mój zapał do zbyt
wczesnego finiszowania :P ale cały czas wiodła mnie myśl, że to już naprawdę nie
daleko. Ostatnia „prosta” w dół i moje
kolano zaczęło odczuwać brak obuwia z odpowiednim tłumieniem. Tutaj naprawdę straciłem
dużo ponieważ całe to ostatnie, długie zejście nie dałem rady zbiegać. Po
drodze żeby poprawić sobie samopoczucie zjadłem jeszcze dwa snickersy, które mi
zostały ;) a gdy już zaczął się asfalt postanowiłem lekko podbiec do mety i
jest, ukończyłem I Bieg „Chudy Wawrzyniec” na dystansie 50+ z czasem 06:50:58,
co było miłym zaskoczeniem gdy się o tym dowiedziałem dopiero po powrocie do domu,
bo założenie miałem na pokonanie bariery 10 godzin. Poczęstowałem się
drożdżóweczką i gorącą herbatką ale piwka też nie mogłem sobie odmówić ;P, już
przebolałem to, że do wyboru był jedynie Lech ;).
Zdjęcie w akcji a w tle obiecane, wspaniałe widoki Beskidu Żywieckiego;)
Podsumowując, impreza udana pomimo niesprzyjających warunków, organizatorzy spisali się wg mnie na medal chociaż jak dla mnie to za mało pamiątek przywiozłem ;P. Liczyłem na jakiś dyplomik z czasem i może nawet koszulkę :D. Mam nadzieję, że za rok również wystartuję ale będę miał czas na przygotowania i wszystko odbędzie się w mniej stresującej i nerwowej atmosferze.
Do zobaczenia za rok!
